poniedziałek, 18 lipca 2016

Two-shot od Agusia ,,Uwierz mi, jestem silna''




Hello Everybody!
Za dużo grania w gry z angielskim dubbingiem...
Nawet nie wiecie, jak bardzo nie mam ochoty tu czegokolwiek pisać.
Mam nadzieję, że to się szybko zmieni, bo w przeciwnym razie będę zmuszona zamknąć bloga.
Anyway, oto kontynuacja Levi x Czytelnik.
Postanowiłam zrobić two-shot'a, bo... bo... bo tak! (najlepszy argument ever)
Jeśli ktoś nie pamięta, co tam się już wydarzyło (tak jak ja), to radzę wam przeczytać go ponownie (tak jak ja)
Dziękuję za poświęcony czas.
Przyjemnego czytania.


P.S Przekierowanie do pierwszej części, jakby komuś nie chciało się szukać (mimo że to tylko dwa kliknięcia) - I część





(dop. aut. Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać >////<)







,,UWIERZ MI, JESTEM SILNA''



- Co proszę? - Nie mogłaś uwierzyć w to, co właśnie usłyszałaś.
W porządku. Może i byłaś niedysponowana przez parę dni, ale to nie z powodu Tytanów, a zwyczajnej choroby. Wyzdrowiałaś jednak szybko, dzięki wspaniałej opiece Kaprala Leviego.
Fakt, że dołączyłaś do jego oddziału tymczasowo, żebyś miała ochronę w trakcie badań. Ale, na miłość boską, czemu tak nagle kazali ci spakować manatki i wracać do Hanji?!
Nie odkryłaś jeszcze niczego - ani przydatnego, ani nieprzydatnego. Tydzień to za mało, szczególnie jeśli się chorowało. Dlaczego dali ci tak mało czasu? Nie potrafiłaś tego zrozumieć.
- Co proszę?! - powtórzyłaś z większą siłą i stanowczością.
- Uspokój się (Twoje Imię) - prosiła cię miło Petra.
- Jak mam się uspokoić, skoro tak nagle mnie wyrzucacie i to bez słowa wyjaśnienia! Co ja powiem Hanji?! - oponowałaś gwałtownie, co nie było do ciebie podobne. Zawsze cechowałaś się nienaturalnym spokojem i powagą.
Nie mogłaś odpuścić. Nie po tym, jak Kapral natchnął cię do pracy, jak przywrócił nadzieję, jak się tobą zaopiekował. Nie zdążyłaś mu się odwdzięczyć i to cię najbardziej bolało.
- Chwila... Chyba że to Hanji kazała mi wracać. Czy tak?! - Wątpiłaś w to. Lubiłyście się z Zoe, ale byłaś skłonna szybciej uwierzyć, że już na zawsze zostawi cię w Oddziale Leviego, niż upomni się o twój powrót.
- Nie, nie. To nie tak - rudowłosa starała się szybko wszystko wyjaśnić, byle tylko cię uspokoić. - Niedługo jest wielka wyprawa za mury i nasz oddział nie będzie mieć czasu na dodatkowe eskapady.
,,Oddział Leviego nie twój'', pomyślałaś w pierwszej kolejności, zanim skupiłaś się na ogólnym sensie jej wypowiedzi.
Naturalnie, że wiedziałaś o tej wyprawie. Mówili o niej od kilku miesięcy, ale... tylko mówili. Większość skupiła się po prostu na Erenie i tym, żeby nas wszystkich nie pozabijał. Kto by w takiej sytuacji myślał o wyjechaniu za mury?
Erwin Smith zawsze słynął z nieoczekiwanych decyzji.
Nie miałaś nic do tego. Przynajmniej dopóki jego działania nie wpłynęły negatywnie na ciebie.
Tupnęłaś ze złości nogą.
- I co z tego? Mogę towarzyszyć Oddziałowi L e v i e g o - zaakcentowałaś wyraźnie, a do tego ostrzej niż zamierzałaś - możecie mnie pilnować, a ja będę obserwować Tytanów.
- To niemożliwe, bo będziemy chronić Erena.
Mruknęłaś niewyraźnie przekleństwo pod nosem.
- Mogę sama o siebie zadbać. Jedna osoba więcej w oddziale nie zaszkodzi, a nawet wręcz przeciwnie - oponowałaś dalej, mimo że wiedziałaś, że to nie Petra decyduje o tym.
- Przepraszam (Twoje Imię), ale Levi wyraźnie powiedział... - I własnie w tym momencie przestałaś jej słuchać.
Oniemiałaś całkowicie, jakby cię piorun walnął. Tysiące myśli i uczuć przeleciało ci przez głowę, aż w końcu się ocknęłaś i pokręciłaś ze zdecydowaniem górną partią ciała.
- ...a to po to, żeby...
- Gdzie jest Levi? - przerwałaś jej groźnym warknięciem, darując sobie dodanie przydomku ,,Kaprala''. Uznałaś, że bez niego zabrzmisz poważniej, i tak też się stało.
Teraz to Petra wyglądała, jakby była w wielkim szoku.
- Gdzie. Jest. Levi? - powtórzyłaś powoli i wyraźnie z pewną dozą mrocznej finezji.
-W-W-W... W swoim pokoju - wydukała słabo, patrząc na ciebie jak na Tytana. Nie przejęłaś się tym ani trochę.
Bez słowa odwróciłaś się na pięcie i ruszyłaś w konkretnym kierunku, zmierzając do konkretnego celu - do Leviego.


Kapral opiekował się tobą w swoim pokoju, żeby mieć wszystko pod ręką, a także cały czas ciebie pilnować. Nie przeszkadzało ci to wtedy ani tym bardziej teraz. Dzięki temu wiedziałaś, gdzie znajduje się sypialnia Leviego. (dop. aut. A to chcą wiedzieć wszyscy xD)
Może gdyby została ci jeszcze jakaś resztka spokoju, to byś zapukała, ale w obecnej chwili nie miałaś głowy do czegoś takiego. Najzwyczajniej w świecie wparowałaś do pokoju mężczyzny. Co prawda, trzaśnięcie głośno drzwiami nie było tym, co zamierzałaś uczynić, ale nie mogłaś zmienić czegoś, co już się przecież wydarzyło.
O mało nie zapomniałaś, co dokładnie chciałaś zrobić i czego w tym miejscu szukałaś, widząc zimne i groźne spojrzenie Leviego.
Nie chciałaś zniszczyć mu jedynego wejścia do pokoju, ale co poradzić. Po części sam sobie na to zasłużył. Czułaś do niego pewną dozę urazy za to, że sam nie powiedział ci o tym, że musisz wrócić do Oddziału Hanji. Wiedziałaś, że nie jesteście przyjaciółmi ani nikim dla siebie bliskim, ale... Spodziewałaś się czegoś innego. Oczekiwałaś po nim więcej, niż byłaś skłonna przed kimkolwiek przyznać, nawet przed samą sobą.
Przełknęłaś ślinę, co uświadomiło ci, że masz gardło suche jak wiór. Bolało cię to, a na dodatek zdawałaś sobie sprawę, że przy wypowiadaniu jakichkolwiek słów, będziesz cierpieć jeszcze bardziej.
Nie to cię jednak martwiło w obecnej chwili, więc postanowiłaś to zignorować na czas bliżej nieokreślony.
Odetchnęłaś głęboko i z powrotem przyjęłaś swoje bojowe nastawienie.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś?! - zaatakowałaś go od razu, wchodząc bez zaproszenia głębiej w pokój. - Chce pozostać w twoim oddziale! - Nie powinnaś się tak do niego zwracać. Nie do kogoś z takim wysokim stopniem. Nie do nadziei ludzkości. Jednak twoje wytrącenie z równowagi nie pozwoliło ci nad sobą panować.
- To decyzje strategiczne, a nie czyjeś widzi mi się - odparł spokojnie, ale to właśnie ten spokój cię jeszcze bardziej denerwował. Jak tak się teraz zastanawiałaś, to doszłaś do wniosku, że nigdy nie słyszałaś, żeby Kapral krzyczał tak... tak ze złości. Wydawanie rozkazów to nie to samo. - Posprzątasz to później. - Kiwnął znacząco głową w kierunku przejścia za tobą i kilku drzazg na podłodze. Wcześniej jakoś ich nie zauważyłaś.
- Nie zrobię tego. - Skrzyżowałaś zbuntowana ramiona na piersi. - Jeśli wrócę do Hanji będę musiała jej słuchać, a twoje polecenia stracą na znaczeniu.
,,Polecenia tak, ale nie słowa'' zauważyłaś.
Przeniosłaś spojrzenie, gdzieś na bok, żeby na niego nie patrzeć.
- W takim razie powiem Hanji, żeby kazała ci to posprzątać - rzekł niedbale, przez co aż gotowałaś się ze złości.
- Nie zrobi tego! - Taką przynajmniej miałaś nadzieje. - Dlaczego... - zaczęłaś, ale nie wiedziałaś, jak odpowiednio dobrać słowa.
- Co dlaczego? - Jego sceptyczny ton w dziwny sposób cię jeszcze bardziej zranił.
- Dlaczego przysłałeś Petre? To takie trudne, żeby powiedzieć coś komuś osobiście? - spytałaś słabym głosem.
,,A może masz mnie już dość po tych paru dniach?'', nie miałaś odwagi zapytać.
- Jestem zajęty, jakbyś nie zauważyła. - Wskazał dłonią na biurko przed sobą, na którym walało się kilka papierów.
Skrzywiłaś się nieco. Co miałaś mu teraz powiedzieć?
- Aha... Nieważne, najwyraźniej uznałeś, że dość się już ze mną męczyłeś. - Odwróciłaś się z zamiarem wyjścia.
- Dlaczego ci tak na tym zależy? - usłyszałaś w odpowiedzi, zanim zdążyłaś opuścić pomieszczenia. Spojrzałaś na niego, znad ramienia, pytająco. - Czemu chcesz zostać w moim oddziale? Przecież masz swój. - Skrzyżował ramiona.
Spuściłam odrobinę głowę w dół.
- Nie lubię się poddawać, a tym bardziej z czegoś rezygnować i... - głos ci się załamał. Nie potrafiłaś niczego więcej powiedzieć.
Trwaliście tak chwilę w milczeniu, aż w końcu poczułaś, że wilgotnieją ci oczy. Przeraziłaś się taka reakcją i jak najszybciej wyszłaś z pokoju. Nie zależało ci na jego odpowiedzi, szczególnie jeśli miała cię jeszcze bardziej zaboleć.


Wróciłaś do swojego starego oddziału. Spokojniejsza, cichsza, mniej chętna do rozmowy niż wcześniej. Hanji widząc twoją postawę nie raz cię zamykała w tytanowym uścisku i tuliła (czyt. dusiła), ale to nie poprawiało twojego samopoczucia, chociaż czasem starałaś się uśmiechać, żeby poczuła się miło. Z czasem dostrzegłaś jej zaniepokojone spojrzenia i zerknięcia, kiedy to razem pracowałyście czy jadłyście. Wiele razy, czasem subtelnie, a czasem nie, próbowała nakłonić cię do zwierzeń, ale nic z tego. Nie miałaś jej nic do powiedzenia. Tak samo jak nikomu innemu.
Szczególnie że reszta twojego oddziału była mniej cierpliwa od Zoe i twoje zachowanie, które wcześniej ich również martwiło, teraz zaczynało ich najzwyczajniej w świecie irytować. Nie chciałaś sobie robić wrogów, tym bardziej we własnym otoczeniu, ale nic nie mogłaś na to poradzić. Udawanie miłej i pogodnej nigdy ci nie wychodziło, nawet jak miałaś ogromne chęci. Co tu więc próbować...


Nadszedł czas wyprawy. Nie rozmawiałaś z Levim od czasu waszej ,,kłótni''. Nie musiałaś go jakoś specjalnie unikać, twoje obowiązki wystarczały.
Siedziałaś na Shadow wygodnie, delikatnie ją głaskając przy grzywie. Powinnaś się skupić, ale nie potrafiłaś się do tego zmusić. Chciałaś mieć to po prostu z głowy, tak żeby i jej nie stracić.
Nie wiedzieć czemu, ale spojrzałaś na przednią część formacji tuż po prawej. Twoje spojrzenie zetknęło się z kobaltowymi oczami Kaprala. Na krótką chwilę serce, zaczęło ci szybciej bić, a na twarzy poczułaś nieznane dotąd ciepło. Odwróciłaś pośpiesznie głowę w inną stronę, tylko po to, żeby po chwili znów zerknąć na mężczyznę. Nadal się w ciebie wpatrywał!
Zagryzłaś dolną wargę i spuściłaś wzrok wprost na hebanowy kłąb Shadow. Hanji to zauważyła i podjechała trochę bliżej ciebie.
- Coś się stało? - zapytała z niecodzienną dla siebie powagą.
- Nie, ja tylko... - zawiesiłaś na chwilę głos, odetchnęłaś i kontynuowałaś spokojnie. - Nie mogę się już doczekać spotkania z Tytanami. - Bezczelne kłamstwo i sztuczny uśmiech przyozdobił twoją twarz.
W normalnych okolicznościach byłaby to kwestia Zoe, wzmocniona krzykami radości i zniecierpliwienia. Nikt nie spodziewałby się po tobie takiego tekstu, ty również.
W końcu się stało - brama zaczęła się otwierać, a Dowódca rozkazał ruszać. Starałaś się odnaleźć utracony spokój, ale nie umiałaś. Nie trzymałaś pewnie wodzy przez swoje spocone dłonie. Twój niepokój udzielił się twojemu wierzchowcowi, który zarżał nerwowo. Postanowiłaś się wysilić chociaż dla niej. Nie chciałaś stracić Shadow, przywiązałaś się do niej, mimo że nie powinnaś. Konie ginęły równie często, co Zwiadowcy, którzy ich dosiadali.
Rozluźniłaś się i ruszyłaś naprzód wraz z całą kolumną.
Kilku Tytanów, którzy oblegali mur, ruszyło za wami, ale Oddział Stacjonarny szybko się nimi zajął. No, przynajmniej większością.
Kłopoty więc, zaczęły się już na samym początku. Kilku Zwiadowców musiało włączyć się do ataku, ale na szczęście nikt nie zginął. Było by to doprawdy okropne i straszne, gdyby kilka metrów za murem doszło do śmierci, kiedy ten koszmar dopiero się zaczynał.

Jakiś czas panował spokój. Żadnych flar, które sygnalizowałyby zbliżające się niebezpieczeństwo. Uznałaś, że jest nawet trochę ZA spokojnie.
Spojrzałaś na Hanji, a ta, czując na sobie twój wzrok, odwróciła głowę w twoją stronę i się uśmiechnęła, po czym głośno zawyła. W tym samym momencie, dostrzegłaś zbliżającego się Tytana po waszej prawej stronie.
- Odpal flarę - nakazała Zoe, a ty od razu wykonałaś rozkaz.
- Atakujemy czy omijamy? - zapytał mężczyzna za tobą.
- Omi... - urwała brunetka, kiedy za Tytanem pojawiły się jeszcze cztery kolejne, które poruszały się w nietypowy sposób. Jeden z nich szedł nawet jak krab!
- Odmieńce! - rozpoznałaś od razu i wystrzeliłaś kolejną flarę. - Czyli zmiana planów...
- Niestety - mruknęła Hanji i uniosła się wyżej w strzemionach.
Zrobiłaś to samo, czekając na znak. (dop. aut. Nie, nie od Shizuo)
Po niemiłosiernie długich sekundach, Zoe uniosła wysoko rękę, a wszyscy twoi kompani, wraz z tobą, poszybowali w górę. Pięć Tytanów na pięciu Zwiadowców.
Nie mogłaś popełnić żadnego błędu, bo zależało od tego nie tylko twoje życie, ale i innych.
Najpierw wystrzeliłaś kotwiczkę, żeby uczepiła się pięty Potwora, po czym szybko okrążyłaś go całego, unosząc się na wysokość jego karku. Chwyciłaś pewnie za ostrza i uderzyłaś w czuły punkt, jaki posiadała każda z tych okropnych istot. Kiedy Tytan zaczął opadać w dół, oparłaś się o jego plecy nogami i poleciałaś wraz z nim, nie otrzymując przy tym żadnych obrażeń.
Nie chowając mieczy rozejrzałaś się wokoło. Wyglądało na to, że wszyscy sobie poradzili.
- Uwaga! - usłyszałaś nad sobą.
Odwróciłaś się i spojrzałaś w górę, ale słońce cię oślepiło, przez co nie zauważyłaś ogromnej ręki Tytana, który zaczęła opadać w twoją stronę. Potwór nie żył, ale nie zmieniło to faktu, że nadal sporo ważył.
Jego dłoń uderzyła prosto w ciebie.


Ciche śpiewanie ptaków za oknem wybudziło cię ze snu. Otworzyłaś oczy i zamrugałaś kilka razy, oślepiona porannym słońcem. Popatrzyłaś dokoła siebie i uświadomiłaś sobie, że jesteś w pokoju medycznym w Twierdzy Zwiadowców. Powoli przypominałaś sobie, co się dokładnie stało.
Usiadłaś gwałtownie, co zwiastowało głośne jęknięcie z bólu, a także chłód na klatce piersiowej.
Hanji zerwała się z krzesła, na którym siedziała niedaleko, i podeszła do ciebie, naciskając dłońmi na twoje ramiona.
- Hej, hej, spokojnie! Wszystko w porządku. - Spojrzałaś na nią, następnie na swoje piersi, a potem znowu na nią, ale tym razem cała czerwona na twarzy. - Hehe czego się wstydzisz? Przecież obie jesteśmy kobietami.
Otwierałaś już usta, żeby jej coś odpowiedzieć, ale do pokoju weszła kolejna osoba.
- Oi, Levi. Mógłbyś pukać - zganiła go brunetka.
Czułaś jak krew odpływa ci z twarzy - przykryłaś się szybko kołdrą.
Kapral bez słowa podszedł do twojego łóżka.
- Co z nią? - spytał Zoe, patrząc na ciebie.
Spuściłaś nisko głowę, chcąc włosami zakryć twarz, a przy tym również szkarłatne rumieńce.
- Wszystko w porządku. Jest trochę potłuczona i ma złamane kilak żeber, ale to nic poważnego - odpowiedziała spokojnie, nie zrażona zaistniałą sytuacją.
- I według ciebie to się nazywa ,,w porządku?'' - zapytał z lekką nutą pogardy Levi.
Hanji tylko wzruszyła ramionami.
- Ważne, że żyje. - Westchnęłaś cicho. Zoe uśmiechnęła się do ciebie. - W takim razie zostawiam was samych.
O mało się nie odtleniłaś, gdy to usłyszałaś.
Zaczęłaś szybko kręcić głową, ale kobieta to zignorowała i z szerokim uśmiechem ci pomachała, wychodząc przy tym z pomieszczenia.
Miałaś ochotę się rozpłakać. A jeszcze bardziej chciałaś się ubrać!
Kapral przysunął sobie krzesło, na którym przed chwilą siedziała Hanji, i usiadł na nim przy tobie.
Nie potrafiłaś wytrzymać długo w ciszy, więc w końcu się odezwałaś.
- Em... Jak tam wyprawa?
- Tak jak zawsze - odpowiedział uprzejmie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Bardzo chciałaś wiedzieć, co myśli w obecnej chwili.
- Dużo osób zginęło? - zapytałaś cicho.
- Nie więcej niż ostatnio.
- To... dobrze. - Pokiwałaś głową. Wszelakie pomysły ci się już skończyły.
- Zginęli wszyscy z mojego oddziału. - Wybałuszyłaś szeroko oczy.
-C-Co? Ale... Jak?
- A jakie to ma znaczenie? Śmierć to śmierć.
Zrobiło ci się strasznie przykro. Niepewnie położyłaś swoją dłoń na jego.
- Przykro mi.
Siedzieliście tak chwilę w ciszy. Oboje jej potrzebowaliście.
- Teraz już wiesz, dlaczego nie chciałem cię w swoim oddziale? - spytał. Nie, wciąż nie rozumiałaś. Chyba że Levi potrafił przewidzieć śmierć swoich ludzi, ale w to szczerze wątpiłaś. - Nieważne, jak dobry masz plan, zawsze może pójść coś nie tak. Nieważne, jak wspaniałe masz umiejętności, nawet one mogę cię kiedyś zawieść. Nieważne, jak duże masz doświadczenie, bo nigdy nie wiesz, jakie decyzje trzeba podjąć, żeby były one słuszne - mówił tak cicho, że tylko ty go mogłaś usłyszeć. Czułaś w tych słowach skrywany ból. - Nieważne, jak wiele śmierci zobaczysz... One zawsze bolą tak samo. - Spojrzał prosto w twoje (kolor oczu). - Dlatego nie chciałem widzieć twojej śmierci.
Nie zdawałaś sobie sprawy, że płaczesz, dopóki kilka ciepłych kropli nie spadło na twoją dłoń. Pociągnęłaś nosem, po czym, nie przejmując się niczym, objęłaś mocno mężczyznę.
Zaczekałaś aż się uspokoisz, żeby móc mu odpowiedzieć.
- Jestem tutaj, żyję - wzmocniłaś uścisk - i nigdy cię nie zostawię. Uwierz mi, jestem silna.
Złączyłaś wasze wargi w delikatnym pocałunku. Tak krótkim, że było to zaledwie muśnięcie, ale zawierało w sobie wszystkie emocje, jakie czułaś, i jakie chciałaś mu przekazać.
Odsunęłaś się od niego powoli.
- Tak bardzo chciałabym wiedzieć co myślisz - powiedziałaś swoje myśli na głos, przez co odrobinę się speszyłaś.
- Nie lubię ich zdradzać - przyznał. - A przynajmniej niezbyt oczywiście.
- W takim razie mów do mnie uśmiechem.
Wtedy Levi się do ciebie uśmiechnął.



~ No i odhaczone. Ile przy tym było błędów... Powinnam zmienić cykl z nocnego marka na rannego ptaszka, ale jakoś nie potrafię :/ Jak zwykle mam nadzieję, że wam się podobało. Dziękuję za uwagę, pozdrawiam Agusia ;** ~



Jeśli zauważyłeś/aś literówkę/błąd we wpisie, proszę o zgłoszenie tego, a będę mogła błyskawicznie usunąć błąd.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz